blog_dzienpracoholikow

Pracoholicy w sieci

Sierpień 12, 2016

Obchodzony dzisiaj Dzień Pracoholików skłonił nas do małej refleksji. Nie tylko nad tym, czy aby nie mamy już pierwszych oznak tego uzależnienia, ale i nad tym, jak wyglądała praca jeszcze 20 lat temu. Czy wtedy, bez Internetu bądź komputera, pracoholizm był w ogóle możliwy?

Vikingowie są pracowici i ambitni i te dwie cechy doskonale wpisują się w nasze zasady. Wiemy, że każdy sukces musi być okupiony ciężką pracą. Tu stawiamy jednak wyraźną granicę między pracowitością a pracoholizmem, który jest, nie bójmy się tego przyznać, chorobą. Ten rodzaj uzależnienia w dłuższej perspektywie powoduje spadek naszej efektywności, do tego upośledza relacje z bliskimi i negatywnie wpływa na zdrowie fizyczne oraz psychiczne. Dlatego obchodzony dzisiaj Dzień Pracoholików ma na celu skłonienie nas do refleksji nad tym, czy nie zauważamy u siebie pierwszych oznak pracoholizmu i uświadomienie jego negatywnych skutków.

Pracoholizmowi z pewnością sprzyja nowy system pracy, który wykształcił się na przestrzeni ostatnich 15-20 lat. Nowoczesne urządzenia, powszechny dostęp do Internetu i rozwijające się technologie w wielu aspektach znacząco zredukowały oraz uprościły nasze obowiązki. Jednocześnie spowodowały, że granica między biurem a domem, a tym samym między pracą a odpoczynkiem, stała się bardzo płynna.

Czy zastanawialiście się kiedyś, jak Internet i nowe technologie zmieniły naszą pracę i jak to wpłynęło na nasz poziom zaangażowania w życie zawodowe? Dzisiaj postanowiliśmy zabrać Was na krótką, nostalgiczną wycieczkę – te powiedzmy 20 lat wstecz.

20 lat temu….

Pracowaliśmy w osobnych pokojach – nie było stref typu open space, w kórych każdy może zobaczyć, czy czasem nie robimy czegoś, co nie należy do naszych obowiązków. Nie było też miejsc relaksu, stref chillout i restauracji, które sprawiają, że w pracy możemy, a często chcemy zostać dłużej.

Rolę komputera z powodzeniem spełniał ogromny notatniko-zaszyto-kalendarz, w którym było dosłownie wszystko. Dzisiaj mamy Trello, Todoist czy najprostszy kalendarz na Gmail-u. Cały czas planujemy, pracujemy, planujemy, pracujemy.

Z klientami czy współpracownikami z sąsiedniego pokoju rozmawiało się osobiście bądź przez telefon, oczywiście ten stacjonarny, w biurze i tylko w godzinach pracy. Ani smartfon, ani Skype, ani nawet wewnętrzny, firmowy komunikator nie były potrzebne. Po pracy szef nie atakował nas telefonami czy e-mailami – kto nie skontaktował się z nami dzisiaj, mógł zrobić to dopiero jutro.

Youtube’a zastępował widok za oknem, a Instagrama ramka na biurku ze zdjęciem żony. Dzisiaj dużo łatwiej jest się zdekoncentrować i tracić czas na oglądanie chociażby śmiesznych filmików. A że swoją pracę i tak musimy wykonać, zostajemy po godzinach.

Na ważne spotkania zjeżdżali się wszyscy, o wideo i telekonferencjach jeszcze wtedy nie słyszano. Na urlopie czy zwolnieniu chorobowym nie było możliwości szybkiego “połączenia się” z biurem i uczestniczenia w ważnych spotkaniach.

LinekdIn? Po co to komu? Notatnik z adresami i wizytownik wystarczał. Pracę zmienialiśmy rzadko, dlatego nie trzeba było nieustająco dbać o swoje CV i zawodowy wizerunek.

Tablica myśli, inspiracji i notatek to była zwykła tablica korkowa. Teraz wszystko trzymamy na swoim Pinterest’owym koncie. A do tego musimy być na bieżąco z milionem rzeczy, które dzieją się w sieci, dbać o naszą kreatywność i innowacyjność. Po pracy jesteśmy czujni, bo może akurat zobaczymy coś, czym zabłyśniemy w biurze i co pomoże nam rozwiązać kolejny bardzo ważny problem.

Informacji szukaliśmy w książkach i u starszych kolegów, dzisiaj mamy wujka Google’a, miliony stron internetowych, blogów, mądrych aplikacji. Wiedzy jest tyle, że naprawdę ciężko ją przyswoić, a na pewno nie wystarczy nam na to przysłowiowe 8 godzin w pracy.

Pisało się na kartce, liczyło na kalkulatorze, a prezentowało na tablicy. Obróbką i analizą danych zajmował się analityk, a robił to na papierze. Kto by wtedy pomyślał o Microsoft Office, który znacząco ułatwia nam pracę, ale nie powoduje, że jest jej mniej. Ciągle musimy robić więcej, szybciej i lepiej, bo przecież z tymi narzędziami to takie proste.

Internet, nowoczesne systemy i programy sprawiły, że żyjemy w rzeczywistości 24 godzin na dobę. Przyzwyczailiśmy się, że wiele rzeczy możemy zrobić praktycznie o każdej porze. A co jeśli jakiś system padnie i sklep intrenetowy przestanie działać? Jego pracownicy wracają do biura i nie wychodzą z niego, aż nie naprawią usterki.

Wypłata – kiedyś tylko gotówka, dzisiaj dostajemy przelew. Ale to nie koniec, bo wypłata rozciągnęła się na szereg pozapłacowych benefitów. W ramach wynagrodzenia dostajemy kartę na siłownię, pakiet medyczny, a nawet miesięczny pobyt na Bali (pamiętajcie – jedziecie tam do pracy). No i jak w takiej sytuacji możemy dać sobie luzu? Tyle dostajemy, dać od siebie musimy jeszcze więcej.

I w końcu najważniejsze. 15:00 – czas do domu. Może to takie typowe ludzkie gadanie – „A kiedyś było lepiej…”…ale nam wydaje się, że kiedyś to naprawdę było łatwiej pracę zostawić na jej miejscu, czyli w biurze. No chyba, że zostawało się w tym biurze po godzinach ☺

Po tej chwili nostalgii, przyszedł czas na powrót do rzeczywistości. Wyobraźmy sobie, że definicji pracoholizmu szukamy w encyklopedii, po którą najpierw idziemy do biblioteki, powyższą notkę piszemy ręcznie, a następnie przypinamy ją na tablicy ogłoszeń w firmowym korytarzu. Teraz jeszcze mocniej doceniamy Internet, komputer i wszystkie dobrodziejstwa technologii.

Wasze komentarze: